„Wojna, wojna nigdy się nie zmienia”– słowa aż same cisną się na usta w chwili, gdy wrzucamy Fallout: New Vegas do konsoli. Dosłownie po minucie wita nas nimi sam Ron Perlman, któremu już od lat przypada rola narratora popromiennej pustyni. Jest dobrze – pomyślałem w momencie gdy moje ciało przeszył dreszcz, a z głośników rozbrzmiała dziwnie znajoma muzyka. I faktycznie, nutkę Morgana można wyczuć od razu, co już samo w sobie zapowiada swoisty powrót do przeszłości. A był to dopiero pierwszy krok w podróży zgotowanej przez „osławione” z różnych powodów studio Obsidian. Co by jednak o ich wpadkach kulinarnych nie mówić, skupmy się na smacznym kąsku, jakim niewątpliwie okazało się New Vegas. Co takiego prócz masy gekonów zarzucono tym razem na ruszt?
Powrót do domu
Jak podaje Obsidian, trzecia część sagi nijak ma się do kanonu. Pomimo mojej wielkiej sympatii do samej gry, informacja ta naprawdę cieszy. Dzięki temu New Vegas uniknęło wielu wpadek poprzedniczki i powróciło do korzeni. Niemal na każdym kroku spotykamy smaczki odnoszące się do Fallout 2, same wydarzenia również są z nim mocno powiązane. Zanim więc usiądziecie wygodnie w fotelu, polecam odpalenie klasyki, dzięki temu wasze doznania będą znacznie większe – naprawdę warto. Pamiętacie wrak vertibirda w Klamath? Teraz będziecie mieli okazję porozmawiać z samym pilotem. Jeśli przemierzaliście pustkowia z Cassidym, to zapewne ucieszy was fakt, że poznacie jego córkę. Ba, dowiecie się nawet co tam słychać u starego i zielonego kumpla Marcusa, a któż z nas go nie lubi? Takich powrotów jest tu zatrzęsienie i co rusz usłyszycie historie nawiązujące do dobrze znanych miejsc czy postaci.

Czujemy się zatem jak w domu. Ale nie tylko za sprawą przemyślanej historii. Sam wygląd świata jawnie nawiązuje do pierwowzorów i nie ma tu się co dziwić, nazwiska jak Everts i Evellone nie są tylko dla picu. Panowie niemal od początku związani są ze światem Fallouta, tak więc w końcu możemy odetchnąć wiedząc, że na odpowiednim stanowisku stoją właściwi ludzie. Zapomnijcie więc o bezmózgich super mutantach, czy słabych szponach śmierci. W Fallout: New Vegas wszystko jest od początku do końca przemyślane. Wyraźnie widać, że ekipa wzięła sobie uwagi graczy do serca, dzięki temu pomimo starego wyglądu otrzymaliśmy nową jakość, łączącą w sobie wszystko to, co było najlepsze w poprzedniczkach.
Aby tradycji stało się zadość, zaraz na początku zabawy otrzymujemy własnego Pip-Boya i ubranie krypty – tym razem z cyferką 21 na plecach. Zanim jednak to nastąpi, obejrzeć nam będzie dane własną śmierć, a przynajmniej tak można przypuszczać. Kto bowiem przeżyłby bezpośredni strzał w głowę? Na szczęście jak się okazuje jesteśmy odstępstwem od reguły i szybko dochodzimy do siebie w pobliskiej mieścinie zwanej Goodsprings. Gdzieś tam z boku przewija się jeszcze metalowy jegomość o wdzięcznym imieniu Victor, to właśnie jemu zawdzięczamy życie i wbrew pozorom dżentelmen ów okaże się z czasem ważniejszy dla naszego kuriera niż mu się wydaje. A właśnie, tym razem nie przyjdzie nam wcielić się w rolę wybrańca, całe to mambo jambo szybko odstawiamy na bok. Kurier bowiem – tak, roznosimy paczki, po prostu chce dopaść człowieka, który go zastrzelił, a następnie odkryć co aż tak ważnego kryło się w przesyłce, którą przenosił. To, że potem zostaje zaangażowany w problemy dużo ważniejsze to już przecież sprawa drugorzędna. Zanim jednak wyruszymy w naszą podróż ratowania pustkowi (lub też całkowitego ich pogrążenia w ciemności) dostaniemy możliwość, jak to już było w przypadku poprzednich części, wykreowania naszego bohatera. Tu przyznać trzeba, wielkiej niespodzianki nie ma. I chociaż tekstury z lekka zostały poprawione, tak naprawdę otrzymujemy dosłownie ten sam zestaw narzędzi, z których korzystaliśmy w trzeciej części. Jedyną istotną zmianą jest możliwość ustalenia wieku kuriera, a robimy to jak wszystko inne za pomocą suwaczka. Jest to niby mała rzecz, a jednak w świetle poprzedniczki cieszy. Tak czy inaczej, każdy kto grał w Fallout 3 odnajdzie się tu jak ryba w wodzie. Ale przecież już ryb nie ma!
Tak samo, a jednak inaczej
Pierwszy poważny wstrząs następuje w chwili wyjścia naszego bohatera na światło dzienne. I nie mam tu na myśli tylko oślepiającego światła. Po prostu momentalnie daje się odczuć, że mamy tu do czynienia z zupełnie czymś innym niż w przypadku trójki. Wszystkie miejscówki są znacznie bardziej przemyślane i logiczne, faktycznie mamy poczucie, że stanowią nieodłączny element krajobrazu. Chociaż może po prostu wypada napisać, że są prawdziwe i wiarygodne? Na szczególną uwagę zasługuje tu infrastruktura ludzkich siedlisk, nawet tych z pozoru maleńkich. Sprytny zabieg z wprowadzeniem mniejszej ilości postaci pobocznych sprawdził się i teraz każda osoba faktycznie żyje własnym życiem. Co prawda nadal pojawiają się typowe zapychacze miast, które stanowią tło świata ale jest ich w stosunku do ważnych person naprawdę niewiele. Śmiem nawet stwierdzić, że i one budują klimat opowieści. Jakież było moje zdziwienie, gdy napotkana karawana zatrzymała się na moment by zjeść posiłek lub w cieniu odpocząć. Nawet przysłowiowy rolnik ma jakiś tam ustalony plan dnia, który codziennie realizuje. Mieszkańcy nie tylko chodzą spać, ale również wzajemnie się odwiedzają i chociaż każdy z nas wie, że są to akcje z góry wyreżyserowane to i tak przemykając przez pustkowia czasami nie możemy wyjść z podziwu. Pustynia Mojave żyje i odczuwamy to na każdym kroku.

Tym bardziej, że teraz i my musimy walczyć o przetrwanie. Oprócz standardowych poziomów trudności, autorzy przyszykowali nam innowację, z którą do tej pory mieliśmy jedynie szansę się zmierzyć w jednym z modów. Hardcore Mode – bo tak ów system się nazywa – urealnia rozgrywkę. Po jego włączeniu nasz kurier będzie musiał prócz zdrowia i stopnia napromieniowania, pilnować statystyk głodu, pragnienia i snu. Bez regularnie spożywanych posiłków słabniemy aż w końcu umieramy. Senny podróżnik nie działa tak efektownie jak powinien. Należy wszystkiego skrupulatnie pilnować. Z innych zmian wypada wspomnieć przynajmniej o wadze, która teraz dotyczy również amunicji, zapomnijcie więc o tonie noszonych w plecaku rakiet czy granatów. Przyznaję, że o ile początkowo brzmiało to i dla mnie strasznie, tak teraz nie wyobrażam sobie grania bez tego trybu. Podróżowanie po pustkowiach jeszcze nigdy nie było tak prawdziwe i odczuwalne dla gracza.
Przedwojenna zabawka
Technicznie niestety najlepiej nie jest. O ile bowiem, jak już pisałem, całość została podrasowana, co szczególnie rzuca się w oczy przy twarzach napotkanych osób, tak silnik pozostał niestety bez zmian. Dane nam zatem będzie uświadczyć wszystkich niemal jego niedogodności i technicznych wpadek. Przenikanie się obiektów jest tu na porządku dziennym, a i teksturom zdarzyło się paść więcej niż jeden raz. O koszmarnym wręcz ragdollu wspominać nawet nie muszę, bo w żaden sposób problem ten od trójki nie został naprawiony. Obsidian wycisnęło już z silnika wszystko – to pewne, cieszy zatem fakt, że pomimo tego udało im się uzyskać wizualnie zadowalające efekty. Co prawda w żadnym przypadku nie jest to majstersztyk, ale niektóre lokacje naprawdę cieszą oczy. Podobnie jak przewijające się postacie, na tyle ile można było są zróżnicowane i co ważniejsze w końcu mają coś więcej do powiedzenia. Zatem kwestię techniczne twórcom udało się przyćmić rozbudowanym światem i masą ciekawych dialogów, a nie oszukujmy się właśnie tego ostatniego najbardziej w Fallout 3 brakowało.
Żadna, nawet najbardziej rozbudowana historia, czy genialna fabuła, nie usprawiedliwia za to ilości bugów, które niczym grzyby na deszczu wyskoczyły już w dniu premiery gry. O ile na te malutkie naprawdę można przymknąć oko, to karygodne jest pozostawienie zarobaczonych questów i kompanów, z którymi przyjdzie nam podróżować. Często bowiem błędy nie pozwalają nam w pełni cieszyć się ich towarzystwem, a co gorsza – poprawnie ukończyć zadań, które zostały dla nich przewidziane. Z tego co wieść niesie już masowo pojawiają się łatki i mam nadzieję, że kolejne szybko zawitają na konsole, gdyż pierwsza, która miała naprawić i tu uwaga: aż 200 błędów (!), w praktyce nie poprawiła nic, pozostaje zatem pytanie, ile było robali, których nawet nie zauważyliśmy?

Przyczepić trzeba też się nieco do muzyki. Tę rozpatrywać należy w dwóch kategoriach. Skoro już przy minusach jesteśmy zacznę od radia, które na tle poprzedniej części wypada blado. Osławiony Pan Vegas w grze brzmi monotonnie i trudno doszukiwać się w jego głosie emocji. Co więcej, większość naszych akcji odbija się w radiu praktycznie bez echa. Owszem, kilka razy byłem miło zaskoczony komentarzem, ale z czasem było ich coraz mniej i powtarzały się dosłownie co kilka minut. Muzycznie też szału nie ma. Utworów jest stanowczo za mało, większość z nich nie wpada też w ucho, ale to już raczej moje subiektywne odczucie. Najbardziej bolesna w ich przypadku jest, znowu, monotonność. Często zdarzało się, że dana piosenka była odtwarzana w radiu dwa-trzy razy z rzędu. O audycjach szybko więc zapominamy bo nie są nam w stanie zaoferować niczego nowego. I jedynie sporadycznie, ale raczej z nudów, włączamy je w nadziei oczekując nowej zapowiedzi – i tu najczęściej spotyka nas zawód.
Zgoła inaczej prezentuje się sprawa samej ścieżki dźwiękowej. Na wstępie napisałem, że można wyczuć w niej nutkę Morgana. Jednak już za same kompozycje odpowiada znany przez fanów gier RPG Inon Zur. I tu niespodzianka. O ile w trzeciej odsłonie kompozytor wypadł po prostu poprawnie, tak w New Vegas naprawdę pokazał klasę. Połączenie jego dorobku z klasycznym już dwójkowym ambientem, którego niejako został w grze spadkobiercą, dało iście mieszankę wybuchową. Wielokrotnie łapałem się na tym, że już gdzieś daną melodię słyszałem. Wiele razy przy ognisku wsłuchiwałem się w głośniki kiwając z aprobatą głową. To właśnie jest nastrój, którego powrotu od lat oczekiwaliśmy. Klimat Fallout 2 został tu żywcem przeniesiony i jest to niewątpliwie duża zasługa właśnie muzyki. Jest znajoma, jest piękna i co ważniejsze, po wielu godzinach nie nuży.
Dobry kurier, zły kurier
Ach te decyzje, chciałoby się rzec cofając się pamięcią wstecz do pierwszych części sagi. Wszystkim osobom, które za nimi tęsknią niosę dobrą nowinę. W Fallout: New Vegas do nich powrócicie. Wybory moralne są tu na porządku dziennym, a jest ich naprawdę zatrzęsienie. O ile w trzeciej odsłonie jedynie główne zadania potrafiły przykuć do ekranu, tak tu zasadniczo każdy nasz ruch ma większy lub mniejszy wpływ na to jak postrzegają nas mieszkańcy pustkowi. Głównie za sprawą dodania reputacji, która teraz dumnie stoi obok karmy, jednak odpowiada za coś zgoła zupełnie innego. Każda nacja, czy chociażby osada, inaczej odbiera bohatera i musimy się nieco napocić by zaskarbić sobie jej sympatię i uznanie. Zazwyczaj odbywa się to poprzez wykonanie szeregu misji lub zaszkodzeniu wrogom danej społeczności.

Stron konfliktu jest kilka, każda z nich posiada własną historię i cele. Wszystkie na swój własny sposób są przemyślane i pasują do świata gry. Dwie najważniejsze i zarazem największe to Republika Nowej Kalifornii i Legion Cezara. Obie frakcje zasadniczo się od siebie różnią i wyznają zgoła odmienne przekonania (czy aby jednak na pewno?). Tylko od was zależy którą ścieżką podąży kurier, a co za tym idzie, po której ze stron się opowie. Najważniejsze, że jak przystało na uniwersum Fallouta, nic tu nie jest czarne i białe. Nie uświadczymy tu krystalicznie czystych ludzi nawet tych, regularnie myjących się w napromieniowanej wodzie. A i ci z początku zachowujący się jak szumowiny, nierzadko pokazują drugie oblicze.
Powrócili też kompani. I pisząc „kompani” nie mam tu na myśli odartych z jakichkolwiek emocji zombie, których mogliśmy ciągnąć za sobą w Fallout 3. W New Vegas bohaterowie których możemy werbować, niosą za sobą bagaż doświadczeń, posiadają własne przeżycia, historię, przemyślenia i szkielet moralny, o którym niejednokrotnie nam przypomną. Towarzyszy łącznie jest ośmiu, ale naraz możemy przyłączyć zaledwie dwóch z nich, jednego humanoidalnego, drugiego zaś robota. Poznać wszystkich dogłębnie naprawdę nie jest łatwo, gdyż każdy z nich posiada złożone misje fabularne, które odblokowują się zazwyczaj po wykonaniu kilku czynności lub dotarciu w dane miejsce. Często też po ukończeniu misji nasz kompan inaczej patrzy na otaczający go świat, niejednokrotnie podnoszą mu się statystyki i otrzymuje ciekawe perki czy wyposażenie. Nie są to już tylko chodzące plecaki na amunicje, wielokrotnie to właśnie oni uratują nam skórę, bo pustkowia jeszcze nigdy nie były tak niebezpieczne. O ile zatem samotność w Fallout to rzecz nabyta, tak śmiem twierdzić, że w przypadku New Vegas towarzystwo innej osoby jest znacznie ciekawsze. Któż zresztą nie chciałby podróżować z tak zacnymi osobami jak Danny Trejo, Jason Marsden, czy Felicia Day. To właśnie między innymi oni nadali kolorytu naszym kompanom.
Miasto grzechu
Czy to podróżując samemu, czy też w towarzystwie, prędzej czy później (w moim przypadku później) nasze nogi doprowadzą nas do tytułowego New Vegas. Metropolia ta różni się od wszystkiego co do tej pory na pustkowiach widzieliśmy. Już od samego początku przygody, zauważyć w oddali możemy wielkie, majestatyczne kasyna. Szczególnie pięknie prezentują się one nocą, tworząc na nieboskłonie swego rodzaju neonową aurę, oświetlającą pustynię aż po horyzont. Wszystko to wygląda naprawdę ślicznie, do momentu aż nie przejdziemy przez bramę. Dopiero wtedy zauważamy jak bardzo jest to miasto złe i zepsute. Tu grzech ścieli się ulicami gęsto i szybko dochodzimy do wniosku, że mieszkańcy przypominających slumsy przedmieść są bardziej ludzcy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pojawienie się kuriera również tu wiele namiesza, a jak się szybko okazuje, samo miasto jest kluczowym elementem wielkich wydarzeń, które niedługo mają się rozegrać.

Technicznie rzecz biorąc Vegas wydaje się niewielkie, lecz biorąc pod uwagę, że zaliczyć do niego należy kilka pobocznych miejscówek, otrzymujemy już widok bardziej niż zadowalający. Gdy dołożymy do tego masę zadań pobocznych, których ilość porównywalna jest z tymi z za muru jest się naprawdę z czego cieszyć. Słysząc „Vegas” myślimy jedno – kasyna. Tych jest kilka i każde oferuje podstawowe gry hazardowe. Macie ochotę przelać nieco grosza mocując się z jednorękim bandytą? Proszę bardzo. A może partia w Black Jacka lub ruletkowy zawrót głowy? Teraz jest to jak najbardziej możliwe. Autorzy uraczyli nas paroma ciekawymi i powszechnie znanymi zabawami. Jest nawet całkowicie nowa karcianka, która została stworzona specjalnie z myślą o świecie Fallouta. Gier co prawda nie jest zatrzęsienie, ale stanowią naprawdę miłą odmianę po wielodniowej tułaczce. New Vegas zatem pomimo niewielkich rozmiarów jest naprawdę wielkie i trzeba tu otwarcie powiedzieć, że tak samo piękne. To prawdziwy diament na pustyni Mojave. Czy zechcesz położyć na nim swoje lepkie ręce?
Są gumki, jest impreza!
W Fallout: New Vegas jest co robić i nie sposób się tutaj nudzić. Niezliczone możliwości, atrakcje i przygody tylko czekają na śmiałków, którzy zechcą się z nimi zmierzyć. Jest to niewątpliwie prawdziwy i jedyny spadkobierca spuścizny Fallout 2. Nie jest to też jak niektórzy twierdzą dodatek, czy też wersja 3,5 ale pełnoprawna część sagi, którą tak bardzo kochamy. Myślę, że za jakieś pół roku gdy pozbędziemy się większości irytujących błędów, będziemy mogli śmiało pisać o grze rewelacyjnej. Nie dajcie się jednak oszukać. To produkcja na przekór wszystkiemu niesamowicie miodna i wciągająca. Potrafi skutecznie ukraść wiele dni, a nawet tygodni z życia każdego gracza. Jeśli tylko dacie ponownie szansę nieco już przestarzałemu silnikowi wpadniecie w grę po same uszy. Pozwolę sobie na zakończenie zacytować jedno zdanie, które chyba najlepiej podsumowuje cały tekst: „Super Mutanci znów mają gumki!” – każdy fan serii doskonale wie i pytać nie musi. I dorzucę dygresję od siebie. Obsidian naprawdę się udało.

19 czerwca 2011 dnia 19:39
Bardzo fajna recenzja ;).
5 sierpnia 2011 dnia 08:24
Dzięki